poniedziałek, 9 grudnia 2013

PAPIEROWA ORCHIDEA Grega Gajka (+ konkurs)


P A P I E R O W E   O R C H I D E E




Orchidee to kwiaty magiczne, urzekające swym wysublimowanym pięknem i delikatnością płatków łagodzącą surowe pędy. Prostota w połączeniu z artyzmem - czy to właśnie przepis na ideał? Nie zawsze, bo wiemy doskonale, iż każdy człowiek ceni sobie inne wartości, często skrajne. Pamiętajmy jednak, że Orchidee należą do najbogatszej w gatunki rodziny roślin kwiatowych, różniących się nieraz diametralnie w swym wyglądzie. To właśnie to bogactwo form, kolorów, kształtów sprawia, że każdy może odnaleźć w nim okaz najdoskonalej wyrażający jego samego. Będący odzwierciedleniem własnej duszy.

Podobnie jest z książkami - kto czyta, chociaż sporadycznie, z całą pewnością zachował w swej pamięci jakieś dzieło szczególne. Książkę wyjątkową, która wpłynęła na jego życie, poruszyła dogłębnie, zwróciła uwagę na ważne aspekty, a może po prostu pojawiła się, gdy była najbardziej potrzebna lub najzwyczajniej w świecie przywołała szczery uśmiech? Chyba każdy ma tę swoją jedyną Orchideę pachnącą papierem, o liściach wesoło szeleszczących na wietrze i wypełnionych sensem kwiatach rozbudzających w sercu radość i nadzieję. 



Strona PAPIEROWE ORCHIDEE powstała, by spośród całej feerii tomów zalegających w naszej pamięci, odnaleźć właśnie te najcenniejsze, o co poproszę wielu interesujących, cenionych ludzi, w których życiu literatura zajmuje poczesne miejsce. Kto wie, może ich Orchidee zakwitną i w naszych sercach!


Papierowa Orchidea Grega Gajka
UWAGA! KONKURS POD WYWIADEM!


Witaj, Greg. Cieszę się, że postanowiłeś podzielić się z nami swoją Papierową Orchideą. Zanim to jednak nastąpi, przedstaw się, proszę, naszym czytelnikom. Powiedz skąd się wziął Greg Gajek w literackim świecie, co masz do zaproponowania czytelnikom i w jaki sposób zamierzasz zawojować ich serca, albo umysły? 

Greg Gajek miał kiedyś dziadka. Był to jeden z prawdopodobnie niewielu dziadków, którzy odróżniali Jedi od Sithów, a nawet Rodian od Wookieech. I dziadek ten czytał mu do poduszki nie bajki o sierotce Marysi, tylko powieści z uniwersum Gwiezdnych Wojen. W ten sposób mały Greg zakochał się w literaturze i w fantastyce, a kiedy trochę podrósł – postanowił sam zostać pisarzem. Zaczął od wymyślania historii, których akcja toczyła się w dobrze mu już znanej Odległej Galaktyce, ale szybko przerzucił się na tworzenie własnych światów. I właśnie to chciałby zaproponować czytelnikom: wycieczki do wykluwających się w jego wyobraźni światów – bliższych lub dalszych rzeczywistości, zależnie od nastroju, czasami trochę strasznych, często tajemniczych. Jeśli chodzi o zawojowanie umysłów czytelników, to – nie licząc badań nad genomem kałamarnic, których cel do dziś pozostaje niejasny – nie ma żadnego konkretnego planu. Liczy po prostu na to, że ludzie pewnego dnia zachwycą się jego szaleństwami, a potem to już wiadomo – sława, miliony na koncie, walka o prawa do ekranizacji itd. 

Widzę, że Twoje nadzieje autorskie są duże – i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że zapał do ich realizacji także. Powiedz więc, gdzie mogą sięgnąć czytelnicy, którzy sami zechcą ocenić Twoje umiejętności? Wiem, że debiut książkowy masz już za sobą, a ostatnio zacząłeś współpracować z wydawnictwem Studio Truso. 

Na początek, jeśli chcą zobaczyć, czy warto zainteresować się moją pisaniną, poleciłbym im zbiór opowiadań "Sen, brat śmierci", który można pobrać za darmo ze strony wydaje.pl. Teksty z tego zbiorku całkiem nieźle obrazują zakres moich zainteresowań literackich, bo, choć dominantę stanowi tam groza, to nie brakuje też elementów psychologicznych, historycznych, s-f itp. Poza tym w "Śnie, bracie śmierci" zgromadziłem opowiadania, które powstawały między 2006 a 2012 r., więc uważny czytelnik będzie mógł nawet dokonać studium ewolucji warsztatowej. W każdym razie, jeśli ten pierwszy kontakt okaże się udany, to potencjalny czytelnik może też sięgnąć do moich powieści "Szaleństwo przychodzi nocą" oraz "Ciemna strona księżyca" – wydana właśnie przez wspomniane Studio Truso – a także antologii takich jak "31.10 Wioska przeklętych" czy "Bizarro Bazar". Ogólnie, zachęcam do zajrzenia na mój blog (gajekgreg.pl): tam w sumie można znaleźć najwięcej informacji typu "gdzie, co i jak przeczytać". 

Dałeś się nam poznać dość dobrze, przejdźmy zatem do sedna wywiadu – powiedz, jaka książka jest twoją Papierową Orchideą? Która z przeczytanych dotychczas ma dla ciebie szczególne znaczenie? Jest to popularnie znany tytuł czy może coś niszowego?

To dla mnie dość trudne pytanie – z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, naprawdę dużo czytam i natrafiłem w swoim życiu na niejedną książkę, która wywarła na mnie ogromne wrażenie. Po drugie, z natury jestem raczej humorzasty i niezdecydowany. Jednak, świadomy tej ułomności, dość dawno przygotowałem sobie odpowiedź na pytanie o to, kto jest moim ulubionym pisarzem. Oczywiście, nie byłbym sobą, gdybym wybrał tylko jednego, więc z reguły wymieniam trzech: Lema, Lovecrafta i Tolkiena. I myślę, że w dorobku tych panów możemy poszukać mojej Papierowej Orchidei. Lovecraft wypada z konkurencji jako pierwszy, gdyż a) jego twórczość to właściwie tylko opowiadania, a jednak powieści silniej oddziałują na moją wyobraźnię; b) warsztatowo był najsłabszy, a techniczny aspekt pisarstwa ma dla mnie duże znaczenie. W ten sposób zostają nam książki Lema i Tolkiena. No i weź tu bądź mądry. "Fiasko", "Solaris" i "Bajki robotów" to, moim, zdaniem jedne z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek powstały. Każda z nich odegrała niemałą rolę w różnych momentach mojego życia. Mimo to, skoro już muszę wybierać, jako tę szczególnie szczególną książkę wskażę jednak "Władcę Pierścieni".

Tolkienowskie opus magnum przeczytałem po raz pierwszy, gdy miałem 11 lat. To było coś niesamowitego. Nie mogłem się oderwać. Lektura "Władcy pierścieni" stanowiła dla mnie niezwykłą przygodę. Owszem, już wcześniej podobały mi się różne historie, a z fantastyką byłem za pan brat od kołyski. Ale nigdy nie doświadczyłem tak potężnego oderwania od rzeczywistości, nie pogrążyłem się cały w wyimaginowanej rzeczywistości. Tolkien nauczył mnie, że potęga ludzkiej wyobraźni jest praktycznie nieograniczona. Zanim przeczytałem "Władcę pierścieni", wiedziałem już, że chcę zostać pisarzem, ale dopiero później dowiedziałem się, jakim chcę zostać pisarzem. I nie chodzi mi to, że postanowiłem tworzyć fantasy. Akurat o ten podgatunek fantastyki ocieram się najrzadziej. Mam na myśli to, że postanowiłem pisać światy, w których ludzie będą się chcieli zagubić. I Tolkien był moim pierwszym mistrzem w tej materii. Fascynacja Lemem i Lovecraftem pojawiła się dopiero później. 

A gdy wracałaś później w tolkienowskie uniwersum? Czy Twój odbiór "Władcy Pierścieni" był taki sam jak dzisiejszy? 

Jak wspomniałem, "Władcę Pierścieni" przeczytałem, kiedy miałem jedenaście lat. Niestety, każdą książkę można przeczytać po raz pierwszy tylko raz, więc oczywiście, gdy dziś odwiedzam tolkienowski świat, czuję się trochę inaczej. To wszystko nie jest już dla mnie nowe. Odczucia nie są aż tak intensywne. W ogóle rzadko wracam do przeczytanych książek. Jako czytelnik wiecznie poszukuję nowych wrażeń. Jednak "Władca Pierścieni" jest w tym wypadku jednym z nielicznych wyjątków. Nie budzi już najsilniejszych emocji, ale te bardziej subtelne jak najbardziej. To niezwykle liryczna, melancholijna i piękna powieść. Kiedy nadchodzi jesień nieraz łapię się na tym, że – tak jak Frodo – chciałbym powędrować gdzieś w nieznane. Czasami to robię. A czasami po prostu sięgam po książkę. 

Więc życzę jak najczęstszych wędrówek. Dziękuję za rozmowę. 

Dzięki również i pozdrowienia dla wszystkich czytelników Papierowej Orchidei.

A oprócz pozdrowień, wraz z Gregiem i wydawnictwem Studio Truso, przygotowaliśmy dla naszych czytelników konkurs. Jeśli chcecie powalczyć o egzemplarz "Ciemnej strony księżyca", napiszcie w komentarzu pod tym postem odpowiedź na pytanie: 


A CZYM DLA CIEBIE JEST CIEMNA STRONA KSIĘŻYCA?

Najciekawsza odpowiedź zostanie nagrodzona.
Na odpowiedzi czekamy do piątku 13 grudnia, godz. 13:13 ;)

środa, 13 listopada 2013

Książka za Orchideę - konkurs

Moi drodzy,

Dzisiaj mam dla was małą niespodziankę. Unikatowe papierowe wydanie antologii "31.10. Wioska Przeklętych" (wierzcie mi, że niewiele takich jest w obiegu) z serii pobranej dotąd w wersji elektronicznej ponad 20 tys. razy! - czeka na jednego lub jedną z was.




Oczywiście trzeba troszkę zawalczyć o tego białego kruka. Proponuję zatem następującą zabawę:


1. Napiszcie własną Papierową Orchideę, czyli opiszcie książkę, którą uważacie za szczególną. Ważne, by uargumentować swój wybór. Za przykład waźcie sobie Orchidee rodzimych autorów, które znajdziecie na tej stronie: http://papierowaorchidea.blogspot.com/p/papierowe-orchidee-ksiazki-polecaja.html

W żaden sposób nie narzucam długości tekstu. Rzecz jasna im bardziej treściwy i zajmujący tym większa szansa na wygraną, a także publikację na łamach Papierowej Orchidei.;)


2. Wyślijcie swoje teksty do 20 listopada na adres papierowaorchidea@gmail.com


3. Jeśli będziecie najlepsi, oczekujcie listonosza z "Wioską Przeklętych" pod pachą:)


Wszystko jasne? Zatem do dzieła!


Czekam z utęsknieniem;)
Kamil

poniedziałek, 28 października 2013

PAPIEROWA ORCHIDEA Michała Stonawskiego



P A P I E R O W E   O R C H I D E E




Orchidee to kwiaty magiczne, urzekające swym wysublimowanym pięknem i delikatnością płatków łagodzącą surowe pędy. Prostota w połączeniu z artyzmem - czy to właśnie przepis na ideał? Nie zawsze, bo wiemy doskonale, iż każdy człowiek ceni sobie inne wartości, często skrajne. Pamiętajmy jednak, że Orchidee należą do najbogatszej w gatunki rodziny roślin kwiatowych, różniących się nieraz diametralnie w swym wyglądzie. To właśnie to bogactwo form, kolorów, kształtów sprawia, że każdy może odnaleźć w nim okaz najdoskonalej wyrażający jego samego. Będący odzwierciedleniem własnej duszy.

Podobnie jest z książkami - kto czyta, chociaż sporadycznie, z całą pewnością zachował w swej pamięci jakieś dzieło szczególne. Książkę wyjątkową, która wpłynęła na jego życie, poruszyła dogłębnie, zwróciła uwagę na ważne aspekty, a może po prostu pojawiła się, gdy była najbardziej potrzebna lub najzwyczajniej w świecie przywołała szczery uśmiech? Chyba każdy ma tę swoją jedyną Orchideę pachnącą papierem, o liściach wesoło szeleszczących na wietrze i wypełnionych sensem kwiatach rozbudzających w sercu radość i nadzieję. 



Strona PAPIEROWE ORCHIDEE powstała, by spośród całej feerii tomów zalegających w naszej pamięci, odnaleźć właśnie te najcenniejsze, o co poproszę wielu interesujących, cenionych ludzi, w których życiu literatura zajmuje poczesne miejsce. Kto wie, może ich Orchidee zakwitną i w naszych sercach!


Papierowa Orchidea Michała Stonawskiego



Krakowianin, rocznik ‘91. Bibliofil, dziennikarz, publicysta, krytyk literacki i młody pisarz. Jak sam mówi, pisać zaczął mając lat osiem i – mimo licznych przeciwności losu – niecny ten proceder uprawia dalej, ani myśląc skończyć. Debiutował opowiadaniem „Wyrok” w antologii „Horyzonty Wyobraźni 2010”, od tego czasu publikując zarówno na papierze jak w Internecie. Zakochany bez pamięci w swoim mieście, maniak herbaty Earl grey, nieszablonowego myślenia i podróżowania. Najlepiej bez mapy, planu, pieniędzy i jakiegokolwiek celu… Poznajcie Orchideę Michała Stonawskiego. 

Co interesującego postanowiłeś nam przedstawić Michale?

Długo zastanawiałem się, jaką to książkę mógłbym przytoczyć, jako „Tą jedyną”, która wywarła na mnie największy wpływ. Za każdym razem, kiedy o tym pomyślę, jako pierwsza pojawia się jedna konkretna powieść. Oczywiście, potem uwagi żądają dziesiątki innych, jak choćby „Hobbit” Tolkiena, „Trylogia Marsjańska” K. S. Robinsona, czy wreszcie trylogia „Złoto gór czarnych” Szklarskich. Widzę książki Verne, Lema, Mastertona, Sapkowskiego, czy Żwikiewicza. Widzę znakomite zbiory Dona Wollheima, wspaniałe książki Żelaznego, Clarke’a, braci Strugackich – moje czytelnicze dzieciństwo. Pierwszeństwa domagają się książki młode, jak „Ślepowidzenie” Wattsa i stare, jak „David Copperfield” Dickensa. Atencji pragną najpierw pojedyncze tytuły, potem ich dziesiątki, następnie setki, by wreszcie przeobrazić się w morze skandujących okładek. 

Jednak wśród skandujących zawsze jest jakiś prowodyr, za którym podążają tłumy, prawda? Czy nie podobnie jest i w tym przypadku? 

Może masz rację. Zawsze, ilekroć pytam samego siebie, jaka to byłaby książka „Ta jedyna”, jako pierwsza pokazuje się tylko jedna, rozległa na siedem opasłych tomów powieść, ze swymi licznymi odnogami w wielu innych – „Mroczna Wieża” Stephena Kinga. 

Jest wiele książek Króla. Niektórym z nich zawdzięczam godziny silnych emocji, innym – igiełki strachu i chorobliwej fascynacji. Żadna jednak z nich nie podziałała na mnie tak, jak właśnie cykl o przygodach Rolanda i jego Ka-tet. 

Czyli mamy wreszcie „tą jedyną”. Powiedz o niej coś więcej. Czy stała się dla Ciebie inspiracją, wpłynęła w jakiś sposób na Twoją wyobraźnię?

Czy ta powieść dała mi coś, co wpłynęło na moje pisanie? Za cholerę! A przynajmniej, nie bezpośrednio, wychodzę bowiem z założenia, że każdy piszący ma swoją własną drogę i jeśli już potrzebuje pomocy, to doraźnej – na przykład w formie porady, nie książkowych inspiracji innym autorem i jego drogą. Tak przynajmniej myślę teraz. 

Dlaczego więc uważasz ją za wyjątkową?

„Mroczna wieża” sprawiła, że inaczej spojrzałem na życie. Filozofia Promieni (dróg prowadzących do celu) i Ka (trudno wyjaśnić) idealnie wpisała się w tą część mojego świata, która nie służy pisaniu. Życie jako wędrówka? Jak najbardziej! Majacząca gdzieś na horyzoncie „Wieża”? To mój świat – odległy cel i podróż w towarzystwie przyjaciół – Ka tet. Nic więcej mi nie trzeba, liczy się tylko kolejny horyzont i to, co za nim. I tak naprawdę w jednym od Rolanda z tego wspaniałego cyklu się różnię – w zasadzie to ja nawet nie chcę dotrzeć do swojej Wieży. 

Ten cykl podziałał na mnie (i cóż, także na moich dwóch przyjaciół, którym natychmiast te książki podsunąłem) na tyle, iż sam od paru lat wędruję po bezdrożach, kiedy tylko czuję, że „nastał czas”. Przyznam, że przerodziło się to wręcz w psychozę. Tu muszę wyjaśnić, że bardzo ważnymi liczbami w świecie Mrocznej Wieży są dziewiątki i dziewiętnastki. Moja psychoza polega na tym, iż od wielu lat niezmiennie mi one towarzyszą, pomagając w niektórych wyborach. Co najważniejsze – nigdy mnie nie zawiodły. 

Ciekawe, co by o tym powiedział Freud?

Nieważne. Ważne jest to, że w jakiś sposób powieść Stephena Kinga była dla mnie jak kierunkowskaz, pokazując łatwą do przyswojenia życiową filozofię (którą rzecz jasna zmodyfikowałem), ucząc paru przydatnych sztuczek na „podładowanie baterii” (co w pisaniu przydaje się niesamowicie) i w pewnym sensie umacniając więzi łączące mnie i moich przyjaciół… co, jeśli mówimy o pisaniu, pomaga najbardziej. Człowiek jest strasznie kruchą istotą i potrzebuje zarówno wsparcia, jak i czasami przysłowiowego obicia twarzy – jako motywatora. 

Wyszedłem pewnie na totalnego pomyleńca. W porządku – w zasadzie nim jestem. Moje bibliofilstwo może przypominać psychiczną chorobę, kładę bowiem książki (a szczególnie „Tą jedyną”) na bardzo wysokich piedestałach, ceniąc je niekiedy bardziej niż niektórych ludzi. Jeśli jest to choroba, to chyba jedyna, którą lubię (tym gorsza, prawda?). 

„Mroczna wieża” to moja Orchidea – dla mnie znaczy naprawdę dużo. Na pewno nie jest nawet w jednej trzeciej tak „magiczna” jak ją opisałem, nie zmienia to jednak faktu, że dalej pozostaje jedną z najlepszych powieści, jaką miałem okazję czytać w swoim życiu… a przeczytałem ich trochę. 

I na tym moglibyśmy zakończyć, ale… gdybym Cię poprosił, żebyś usiadł jeszcze na chwilę i napisał coś specjalnie dla Papierowej Orchidei? Coś o sobie…

Hmm... Mógłbym napisać, że jestem cholernym leniem. Pracuję za mało, a doba jest za krótka. Ba, życie jest za krótkie. Idąc dalej tym tropem, mogę sam siebie zapytać, czemu u licha zachciało mi się pisać, skoro skutecznie eliminuje to tak wiele wolnego czasu, w którym mógłbym czytać. A książek jest tak dużo, że nie poradzę sobie z nimi w czasie jednego życia, nad czym ubolewam. 

Mówisz, że mógłbym napisać coś o swoich pasjach. Cóż, napisałem – książki, książki, książki, podróże, więcej książek. Uwielbiam się też bać, choć w większości przypadków jest to bardziej ekscytacja strachem. 

Lubię pisać. A kiedy nie piszę, to zwykle narzekam – na system edukacji, na życie, na ludzi, na poziom techniczny, na rynek literacki, na pracę, na brak pracy, na pracę za którą mi nie płacą, za to, że mi płacą za mało… a potem wychodzę do ludzi i mówię, że tak w zasadzie to jestem szczęśliwy. I jestem. 

Nie wiem, co jeszcze mógłbym napisać. Strasznie tak nie lubię o sobie pisać, bo i po co. Nie jestem wcale taki ciekawy. A jak mam coś, co uważam, że jest ciekawe, to albo piszę o tym na blogu, albo innym tekście. 

Niedługo (tak myślę) wejdzie na rynek książki jeden z moich większych projektów. Książka, w zasadzie… i to nie taka, jaką sobie wyobrażałem, jako „tą pierwszą”, bo „ta pierwsza” ciągle się pisze i ciągle nie jestem z niej zadowolony, więc kasuję i piszę raz jeszcze. 

Wiele nie mogę zdradzić, ale łączy się to z historią, beletrystyką i opowieściami o duchach i dziwnych zjawiskach. I z tego, co wiem, nigdy jeszcze niczego takiego w Polsce nie było, więc mam nadzieję, że warto czekać. A dalej? Co jakiś czas pojawiają się opowiadania, o czym informuję na swoim profilu na facebooku, oraz na blogu. 

Gdzie oczywiście zapraszam!


środa, 2 października 2013



„Północ czy południe, to zależy, w którą stronę odwrócisz głowę.

Wydaje mi się nawet, że im bardziej idziesz na północ,

tym większe szanse, że wylądujesz na południu.”

Henri Loevenbruck




Witajcie! Chciałbym wam polecić nowy, organizowany przeze mnie oraz Fundację Więcej Serca z Krakowa konkurs, w którym jak zwykle do wygrania są ciekawe książki - tym razem dotyczące tematyki globalnej i podróżniczej - oraz możliwość współtworzenia publikacji elektronicznej. Być może zastanawialiście się już wcześniej nad tym, czym tak naprawdę jest "globalizacja", z czym się wiąże, jakie niesie konsekwencje dla ludzi w różnych częściach świata? Jaki wpływ wywieramy na ludy Afryki czy Azji? Czy uzależniliśmy od siebie mieszkańców biedniejszych krajów, czy może to my jesteśmy zależni od nich? Wielu z was z całą pewnością wyrobiła już na ten temat własne zdanie. Jeśli tak, proszę, wypowiedzcie się w ramach konkursu. Na wasze eseje, ewentualnie artykuły czekamy wraz z Fundacją Więcej Serca w terminie 1 - 31 października pod adresem kczepiel@wiecejserca.org.

Nagrody rzeczowe w postaci książek zostały podarowane przez Wydawnictwo PoradniaK, któremu pięknie dziękujemy:)




WIęcej informacji jak i pełny regulamin konkursu znajdziecie na stronie Fundacji: http://wiecejserca.org/edukacja-globalna-5/konkurs/





Gorąco zapraszam do udziału!

Będę wdzięczny za rozpowszechnianie informacji:)









Projekt jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w 2013 r.

poniedziałek, 16 września 2013

PAPIEROWA ORCHIDEA Konrada T. Lewandowskiego



P A P I E R O W E   O R C H I D E E




Orchidee to kwiaty magiczne, urzekające swym wysublimowanym pięknem i delikatnością płatków łagodzącą surowe pędy. Prostota w połączeniu z artyzmem - czy to właśnie przepis na ideał? Nie zawsze, bo wiemy doskonale, iż każdy człowiek ceni sobie inne wartości, często skrajne. Pamiętajmy jednak, że Orchidee należą do najbogatszej w gatunki rodziny roślin kwiatowych, różniących się nieraz diametralnie w swym wyglądzie. To właśnie to bogactwo form, kolorów, kształtów sprawia, że każdy może odnaleźć w nim okaz najdoskonalej wyrażający jego samego. Będący odzwierciedleniem własnej duszy.

Podobnie jest z książkami - kto czyta, chociaż sporadycznie, z całą pewnością zachował w swej pamięci jakieś dzieło szczególne. Książkę wyjątkową, która wpłynęła na jego życie, poruszyła dogłębnie, zwróciła uwagę na ważne aspekty, a może po prostu pojawiła się, gdy była najbardziej potrzebna lub najzwyczajniej w świecie przywołała szczery uśmiech? Chyba każdy ma tę swoją jedyną Orchideę pachnącą papierem, o liściach wesoło szeleszczących na wietrze i wypełnionych sensem kwiatach rozbudzających w sercu radość i nadzieję. 



Strona PAPIEROWE ORCHIDEE powstała, by spośród całej feerii tomów zalegających w naszej pamięci, odnaleźć właśnie te najcenniejsze, o co poproszę wielu interesujących, cenionych ludzi, w których życiu literatura zajmuje poczesne miejsce. Kto wie, może ich Orchidee zakwitną i w naszych sercach!


Papierowa Orchidea Konrada T. Lewandowskiego

Dzisiejszym gościem Papierowej Orchidei jest pisarz obecny w polskiej literaturze od wielu lat, nagradzany i nominowany do prestiżowych nagród literackich, autor kilkudziesięciu książek z zakresu science fiction, fantasy i kryminału oraz twórca… systemu filozoficznego – Konrad T. Lewandowski.

Panie Konradzie, jaki tytuł zaproponuje Pan czytelnikom Papierowej Orchidei?

Polecam "Inne Pieśni" Jacka Dukaja, najwyraźniej zapomniane już arcydzieło literackie z 2003 roku, wydane przez krakowskie Wydawnictwo Literackie. Świat oparty na alternatywnej fizyce (hylemorfizmie Arystotelesa) z doskonale wyprowadzonymi konsekwencjami tego stanu aż do nanotechnologii... Ponadto alternatywna historia, alternatywny język, znakomicie oddane emocje bohaterów. Idealna synteza pomysłu literackiego i plastyczności języka – lepiej już tego zrobić po prostu nie można! Ani też pójść dalej. Wszystkie wcześniejsze książki Dukaja były stopniami na ten szczyt, wszystkie późniejsze drogą w dół, choć może schodzącą po grani. Dukaj zawsze miał problem z domykaniem fabuł, w "Innych pieśniach" wszystko zgrało się znakomicie w jedną zwartą całość.

Zastanawia mnie więc czy poza uznaniem dla tego dzieła Jacka Dukaja, treść lub przesłanie „Innych Pieśni” przekłada się w jakiś namacalny sposób na Pana Twórczość?

Często cytuję tę książkę by oddać jakąś myśl filozoficzną. Jest to świetna kopalnia metafor, pokazująca, że każda prawda może mieć kolejne dno oraz całkiem inne oblicze. Jeżeli kiedyś spotkamy obcą cywilizację "Inne pieśni" staną się lekturą obowiązkową, przygotowującą nas mentalnie do Kontaktu, czyli na spotkanie z radykalną innością.

Jednak książki Konrada T. Lewandowskiego są zupełnie inne niż utwory Dukaja. Jak dla mnie Pańska indywidualność jest bardzo łatwa do uchwycenia. A gdyby tak pokusić się o porównanie tych obu rodzajów twórczości?

Jacek Dukaj jest pisarzem znacznie sprawniejszym ode mnie językowo – muszę to przyznać. Natomiast moim atutem jest oryginalność, dlatego mogę chwalić Jacka bez obłudy i kompleksów. On jest genialnym kompilatorem, znakomicie łączy różne motywy, ale jednak nic radykalnie nowego nie wymyśla – to już moja działka. Zasada Zachowania Wolnej Woli, opozycja człowiek-system, czy paradoksy teologiczne (anioł ateista) którymi gram w powieści "Anioły muszą odejść" to jest jednak coś więcej niż inspiracja najwyższej klasy, której dostarcza Dukaj, bo inspiracja to tylko wstęp, dalej trzeba coś z niej zrobić aby wydała owoce. Ja wiem i czuję, że swoimi pomysłami zmieniam naszą cywilizację. To tylko kwestia czasu aby do ludzi dotarło jak głębokie zmiany i przewartościowania proponuję. (Do niektórych już dociera...) Kładę podwaliny pod nową religię, nową kulturę i filozofię nauki – ja tworzę inne pieśni w realu.


Fotografia: 
 Konrad T. Lewandowski w konwencji science fiction Polcon w Katowicach. Zdjęcie autorstwa Szymona Sokoła

poniedziałek, 9 września 2013

PÓŁNOC-POŁUDNIE. Konkurs na esej globalny



„Północ czy południe, to zależy, w którą stronę odwrócisz głowę.

Wydaje mi się nawet, że im bardziej idziesz na północ,

tym większe szanse, że wylądujesz na południu.”

Henri Loevenbruck




Witajcie! Chciałbym wam polecić nowy, organizowany przeze mnie oraz Fundację Więcej Serca z Krakowa konkurs, w którym jak zwykle do wygrania są ciekawe książki - tym razem dotyczące tematyki globalnej i podróżniczej - oraz możliwość współtworzenia publikacji elektronicznej. Być może zastanawialiście się już wcześniej nad tym, czym tak naprawdę jest "globalizacja", z czym się wiąże, jakie niesie konsekwencje dla ludzi w różnych częściach świata? Jaki wpływ wywieramy na ludy Afryki czy Azji? Czy uzależniliśmy od siebie mieszkańców biedniejszych krajów, czy może to my jesteśmy zależni od nich? Wielu z was z całą pewnością wyrobiła już na ten temat własne zdanie. Jeśli tak, proszę, wypowiedzcie się w ramach konkursu. Na wasze eseje, ewentualnie artykuły czekamy wraz z Fundacją Więcej Serca w terminie 1 - 31 października pod adresem kamilczepiel@gmail.com.


WIęcej informacji jak i pełny regulamin konkursu znajdziecie na stronie Fundacji: http://wiecejserca.org/edukacja-globalna-5/konkurs/





Gorąco zapraszam do udziału!

Będę wdzięczny za rozpowszechnianie informacji:)








Projekt jest współfinansowany w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP w 2013 r.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

PAPIEROWA ORCHIDEA Magdy Bębenek



P A P I E R O W E   O R C H I D E E




Orchidee to kwiaty magiczne, urzekające swym wysublimowanym pięknem i delikatnością płatków łagodzącą surowe pędy. Prostota w połączeniu z artyzmem - czy to właśnie przepis na ideał? Nie zawsze, bo wiemy doskonale, iż każdy człowiek ceni sobie inne wartości, często skrajne. Pamiętajmy jednak, że Orchidee należą do najbogatszej w gatunki rodziny roślin kwiatowych, różniących się nieraz diametralnie w swym wyglądzie. To właśnie to bogactwo form, kolorów, kształtów sprawia, że każdy może odnaleźć w nim okaz najdoskonalej wyrażający jego samego. Będący odzwierciedleniem własnej duszy.

Podobnie jest z książkami - kto czyta, chociaż sporadycznie, z całą pewnością zachował w swej pamięci jakieś dzieło szczególne. Książkę wyjątkową, która wpłynęła na jego życie, poruszyła dogłębnie, zwróciła uwagę na ważne aspekty, a może po prostu pojawiła się, gdy była najbardziej potrzebna lub najzwyczajniej w świecie przywołała szczery uśmiech? Chyba każdy ma tę swoją jedyną Orchideę pachnącą papierem, o liściach wesoło szeleszczących na wietrze i wypełnionych sensem kwiatach rozbudzających w sercu radość i nadzieję. 



Strona PAPIEROWE ORCHIDEE powstała, by spośród całej feerii tomów zalegających w naszej pamięci, odnaleźć właśnie te najcenniejsze, o co poproszę wielu interesujących, cenionych ludzi, w których życiu literatura zajmuje poczesne miejsce. Kto wie, może ich Orchidee zakwitną i w naszych sercach!


Papierowa Orchidea Magdy Bębenek



Witaj Magdo. Bardzo się cieszę, że mamy okazję porozmawiać. Oczywiście tematem przewodnim będą książki, ale powiemy też o projekcie będącym pod opieką medialną Papierowej Orchidei. Nim jednak zaczniemy przedstaw się, proszę, czytelnikom. Powiedz nam – kim jest Magda Bębenek na co dzień. Czym się zajmuje, jakie ma osiągnięcia i pasje?


Kim jestem? Niespełna dwudziestosześciolatką, urodzoną w Krakowie i wychowaną w Warszawie, która od najmłodszych lat chciała podróżować po świecie, obracać się w międzynarodowym środowisku i znać kilka języków obcych. W dość młodym wieku zaczęłam więc do tego konsekwentnie dążyć.


Odpowiedź na pytanie: Co robię? już od dawna jest dość złożona… Nie mam "zawodu", choć pracuję od ponad 10 lat i sprawdzałam się już w przeróżnych branżach. Obecnie mówię o sobie: podróżniczka, blogerka, tancerka. Już za trochę ponad miesiąc dojdzie do tych określeń "Autorka" – nie mogę się doczekać!

Pasji mam wiele. Oprócz tych oczywistych (podróże, taniec, słowo pisane) są nimi przede wszystkim: ludzie i ich historie; odkrywanie nowych sposobów patrzenia na świat i poprzez to ciągłe dopracowywanie mojego; samorozwój i praca nad bardziej świadomym życiem; inspirowanie innych do podążania własną ścieżką i realizacji marzeń. Może brzmieć idealistycznie lub pompatycznie – często spotykam się z takimi zarzutami – ale chcę wpływać na zmiany w polskiej mentalności i pomóc tworzyć pozytywne wzorce zachowań.

Osiągnięcia? Zależy, jakby je zdefiniować.

Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą, dostałam się na wymarzone studia, obroniłam dyplom itp., ale tak naprawdę nie były to dla mnie znaczące powody do dumy. Usłyszenie od kogoś: "Dziękuję, że jesteś" lub "Zainspirowałaś mnie do…" każdorazowo uważam za swój ogromny sukces. Cudnie więc, że słyszę te słowa coraz częściej – dodaje mi to jeszcze więcej paliwa do działania. Byłam z siebie też wielokrotnie dumna w trakcie moich podróży – prawie 3 lata jeżdżenia po świecie bez żadnego wypadku, niebezpiecznych sytuacji, kradzieży itp. uważam za swoje osiągnięcie. Podobnie jak ciągłe testowanie moich granic – tego, co i jak mogę w życiu zrobić. 

W szkole podstawowej czy na początku gimnazjum wymyśliłam sobie, że chciałabym być ambasadorem. Formalnie nigdy na tę ścieżkę nie weszłam, ale w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że w trakcie moich podróży dokładnie taką rolę pełnię – ambasadorki mojego kraju. Pozostawianie pozytywnego wizerunku Polski i Polaków również uważam za moje osiągnięcie.

Czyli stawiasz pasje ponad wszystko, ale wróćmy do książek. Zastanów się jaki tytuł nam polecisz. Na pewno skrywasz w pamięci jakiś tekst, który wpłynął na Ciebie w szczególny sposób, Nie mylę się?

Uwielbiałam czytać już od najmłodszych lat. Zresztą moi rodzice do tej pory śmieją się, że kiedy szłam do szkoły podstawowej, opiekunki w przedszkolu ubolewały nad tym, że nie będzie miał kto dzieciom bajek czytać… Książki nieustannie mi towarzyszą, są źródłem inspiracji i emocji, od rozbawienia przez radość po przerażenie. Muszę przyznać, że od kiedy na poważnie zajęłam się podróżowaniem i samorozwojem, czytam coraz mniej fikcji – doszłam do przekonania, że historie, które pisze życie są niejednokrotnie dużo ciekawsze. Wnoszą też większą wartość do mojego życia.

Wydaje mi się, że książką, która najbardziej wpłynęła na moje obecne życie oraz poziom zadowolenia z tego, co mam, jest "Paradoks czasu", amerykańskiego psychologa Philipa Zimbardo. Znany on jest przede wszystkim z przeprowadzonego kilka dekad temu eksperymentu standfordzkiego.

Jak czas poświęcony na tę książkę wpłynął na Twoje nastawienie do życia? Jakie najważniejsze przesłanie z tej książki chciałabyś przekazać czytelnikom?

Sięgnęłam po nią z czystej ciekawości, nigdy wcześniej nie słysząc o tych konkretnych badaniach Zimbardo. Był to okres, w którym zaczynałam się interesować psychologią, a samą książkę wypatrzyłam na półce u koleżanki-psycholożki. 

Dopiero w trakcie lektury zorientowałam się, jak niesamowicie istotne kwestie Zimbardo porusza i jakim szczęściem jest to, że okładka książki zwróciła moją uwagę.

Jak zapewne wiele innych osób, przez lata nosiłam w sobie sporo negatywnych emocji związanych z tym, co wydarzyło się w mojej przeszłości. Czy chodzi o sytuacje związane z moimi relacjami z rodziną lub znajomymi, czy o zdarzenia tzw. losowe. W swojej książce, Zimbardo wymienia kilka "orientacji czasowych", którymi się wyróżniamy – przeszła pozytywna i negatywna, teraźniejsza fatalistyczna i hedonistyczna, przyszła pozytywna i negatywna oraz przyszła transcedentalna, w przypadku osób bardzo wierzących. Tak naprawdę, poziom naszego szczęścia, obecne samopoczucie oraz to, jak patrzymy na przyszłość są bezpośrednio i nierozerwalnie złączone z tym, jak pamiętamy naszą przeszłość. Nawet niekoniecznie z tym, co się w niej zdarzyło, ale jak to zapamiętaliśmy.

Czytając tę książkę po raz pierwszy zrozumiałam stwierdzenia: "dzisiaj jest tylko jutrzejszym wczoraj" oraz "w chwili obecnej budujesz swoje wspomnienia". Postanowiłam uporać się ze wszystkimi negatywnymi uczuciami dotyczącymi mojej przeszłości i relacji z innymi oraz świadomie sprawiać, by moje dzisiaj było jak najlepszą podstawą do budowania pięknych wspomnień. Dzięki Zimbardo doszłam do bardzo dogłębnego zrozumienia mojego osobistego sposobu na carpe diem. Od tamtej pory, jestem naprawdę dużo szczęśliwszą osobą.

Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że to właśnie ta książka zapoczątkowała we mnie potrzebę odkrycia świata samorozwoju i bardziej świadomego życia. Nigdy wcześniej tego nie dostrzegłam :)

Jakiś czas temu w Twojej głowie zawitała myśl: Polka potrafi! Nie pozwoliłaś jej odejść... 

"Polka potrafi" zawitała w mojej głowie – choć w innej formie niż ta, którą aktualnie realizuję – już ponad dwa lata temu. Wtedy też wymyśliłam koncepcję serii wywiadów z ludźmi, którzy wprowadzają marzenia w życie i realizują swoje, nawet najbardziej zwariowane, projekty. Nie miałam jednak w sobie wystarczającej odwagi, żeby za tym podążyć. Uśpiony, pomysł leżakował we mnie przez ten cały czas, i kiedy w maju pozbyłam się wielu ograniczeń, które sama na siebie nakładałam, słowa te wróciły do mnie ze zdwojoną siłą. Tym razem wiedziałam już, co robić i cóż, zabrałam się do pisania książki!

Wytłumacz, na czym dokładnie polega Twój projekt i jak można się do niego włączyć? Na pewno przydałaby się jakaś pomoc – w jakiej konkretnej formie jest możliwa?

Przeprowadziłam wywiady z ponad dwudziestoma niesamowitymi dziewczynami i kobietami z całego kraju, które – najkrócej rzec ujmując – są bohaterkami swojego życia. Zebrany materiał spisałam w niezwykle inspirującej książce. Część z "Polek, które potrafią" mieszka obecnie za granicą, część w różnych miastach w Polsce. Jednak wszystkie one pokazują, że jeśli ma się w sobie determinację, żeby coś osiągnąć i dąży się do tego nie zważając na krytyczne głosy otoczenia (a także nas samych – czyt. nasze wątpliwości), nic nas nie powstrzyma.

Projekt, w najbardziej ogólnym zakresie, ma na celu promowanie chwili refleksji i odpowiedzenia sobie na pytanie: Co ja tak naprawdę chcę robić? Następnie, podjęcia decyzji o działaniu w kierunku naszych marzeń i proaktywnej postawy w życiu. Chcę pokazać, że alternatywny tryb życia wcale nie jest tak alternatywny, jak się nam powtarza – tysiące osób robią to, czego pragną. Spełniają się zawodowo, z powodzeniem łączą pracę z hobby czy z wychowywaniem dzieci. Poniedziałek nie jest dla nich wrogiem, a przyjacielem – kolejną okazją do robienia tego, co kochają. Zarówno do otaczających ich ludzi, jak i do mających miejsce zdarzeń, podchodzą z otwartą głową i otwartym sercem, świadomie kreują swoją rzeczywistość. Czemu nie miałyby tego robić kolejne tysiące?

Ponieważ może się to wydawać zbyt trudne, wręcz nieosiągalne…?

Jasne, nie zawsze jest różowo i cukierkowo – pojawiają się problemy, zwątpienie, chwile słabości. Każdy przechodzi przez takie etapy w życiu. Jednak pytanie brzmi: Jak długo w tym tkwisz i co robisz, żeby zmienić stan, w którym się znajdujesz? Jak zachowujesz się w sytuacjach stresowych? Czy potrafisz zauważyć naukę płynącą ze zdarzeń, które inni nazywają porażkami? Tak naprawdę, to odpowiedzi na te właśnie pytania determinują jakość naszego życia i to, czy odnosimy sukces. Nie to, czy mamy bogatych rodziców, plecy w branży, czy odpowiednie miejsce urodzenia w paszporcie. 

Zaczynam od wydania książki "Polka potrafi. Zostań bohaterką własnego życia!", która od 15 września dostępna będzie w przedsprzedaży dla osób zapisanych na newsletter mojego projektu (dołączyć do mnie można na stronie promującej książkę – www.ksiazkapolkapotrafi.pl) . Oficjalna premiera wypada tydzień później, w moje 26. urodziny – 22 września 2013 roku. W następnych miesiącach planuję wypuścić kolejne materiały związane z poruszanymi w książce kwestiami, stworzę też otwarty program coachingowy, który będzie dostępny za darmo dla osób z mojej listy mailingowej. Już teraz pojawiają się propozycje współpracy przy bardzo ciekawych i inspirujących projektach, których częścią mam nadzieję być w późniejszej części roku.

Zaczynają się do mnie także zgłaszać kobiety, które same siebie uważają, za "Polki, które potrafią", co mnie niezmiernie cieszy. Chcę promować jak najwięcej historii osób, które wzięły życie w swoje ręce i teraz chcą się dzielić swoimi doświadczeniami z innymi. Będę wspierać kobiece biznesy i tworzyć kulturę mentoringu wśród kobiet. Najwyższy czas obalić kilka mitów, którymi jesteśmy nieustannie atakowane – np. że kobiety zawsze są o siebie zazdrosne i się nie wspierają. Ja już na tym etapie projektu uzyskałam ogromne wsparcie od osób, których nawet wcześniej nie znałam – podrzucają mi pomysły, jak promować książkę; oferują swoją pomoc np. przy korekcie tekstu i tworzeniu oprawy wizualnej projektu; zapraszają na swoje spotkania networkingowe; chcą o projekcie pisać na swoich blogach i fanpage'ach; piszą do mnie maile i dzielą się swoimi doświadczeniami – coś cudownego!

Jak mi można pomóc? 

Obecnie poszukuję osób, które chciałyby pomóc w promocji książki, jak i całego projektu. 

Do tego, wszystkich serdecznie zapraszam do zapisania się na newsletter – dwa razy w tygodniu przesyłam fragmenty wywiadów przeprowadzonych na potrzeby publikacji, a także inne ciekawe materiały związane z kreacją odpowiadającego nam stylu życia. Zachęcam do polubienia nas na FB (www.facebook.com/PolkaPotrafi), gdzie publikuję codzienną dawkę inspiracji, m.in. cytaty z książki, oraz do przesłania informacji o "Polce" do znanych nam kobiet. Inspirujmy się wzajemnie i wspierajmy w drodze do sukcesu :)

I w końcu – 15 września zapraszam do zakupu książki, szykuję dla Was bardzo przyjemną niespodziankę!

Dziękuję. Życzę Ci Magdo jak największego sukcesu. Pokaż nam wszystkim, że sama jesteś „Polką, która potrafi!”

 






niedziela, 11 sierpnia 2013

Nominacja do Liebster Award

Jest mi niezmiernie miło poinformować, że blog "Gryzipiórek" nominował Papierową Orchideę do nagrody Liebster Award. Bardzo dziękuję Agnieszce Turzynieckiej, prowadzącej Gryzipiórka za to wyróżnienie:)




,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."




Odpowiedzi na pytania autorki „Gryzipiórka”:
1. Dlaczego ludzie czytają tak mało książek?
Przeważnie dlatego, że nigdy nie zaczęli czytać dla siebie, przez co nie poznali magii słowa pisanego. Mają dość innych atrakcji…
2. W jakim gatunku literackim czujesz się najlepiej?
Fantastyka, choć z całą pewnością nie s-f.
3. Czy do pisania się dojrzewa?
Oby nie, bo wówczas trzeba by było opaść jak przejrzały owoc;)
4. Skąd bierze się pomysły na książki?
A skąd się bierze pomysły na życie? Myślę że źródło jest to samo.
5. Ile czasu trwa napisanie powieści lub tomiku poezji?
Tak długo, póki utwór się tobą nie znudzi i nie zapragnie poznać innych ludzi.
6. Literatura jakiego kraju najbardziej Cię zachwyca?
Lojalnie odpowiem, że Polski, choć rosyjska…
7. Czy opublikowałbyś powieść na blogu?
Nie, ponieważ nie publikuję na blogu żadnych swoich utworów.
8. Jaką uznaną powszechnie książkę, uważasz za pomyłkę?
„Zmierzch” Stephenie Meyer – zarówno książka (kolejnych już nie przeczytałem) jak i film mnie nudzą.
9. Czy celebryci zaśmiecają rynek książki?
Raczej bezkrytyczność mas na rynku książki.  
10. Czy marzysz o karierze na miarę Rowling albo Kinga?
Wolałbym na miarę siebie – przynajmniej dobrze bym się w niej czuł;)
11. Kto był twoim pierwszym czytelnikiem?
O ile dobrze pamiętam to młodsza siostra.

Nominacje Papierowej Orchidei otrzymują następujące blogi:

A oto moje pytania do nominowanych:
1. Ile posiadasz książek? (margines błędu ok. 10% posiadanych;) )
2. Dlaczego prowadzisz bloga?
3. Ile stron jesteś w stanie przeczytać jednej nocy?
4. Jakiego polskiego autora cenisz najbardziej?
5. W jakiej oprawie książki preferujesz – miękkiej czy twardej?
6. W jakim wieku… jest twój blog?
7. Czytujesz e-booki?
8. Pamiętasz swoją pierwszą przeczytaną książkę?
9. Z czym ci się kojarzy wyraz „lektura”?
10. Gdybyś miał/a zostać bohaterem/ką książki, na kogo padłby wybór?
11. Czy potrafisz wskazać jedną wyjątkową książkę spośród wszystkich dotąd przeczytanych?

poniedziałek, 29 lipca 2013

PAPIEROWA ORCHIDEA Marcina Podlewskiego



P A P I E R O W E   O R C H I D E E




Orchidee to kwiaty magiczne, urzekające swym wysublimowanym pięknem i delikatnością płatków łagodzącą surowe pędy. Prostota w połączeniu z artyzmem - czy to właśnie przepis na ideał? Nie zawsze, bo wiemy doskonale, iż każdy człowiek ceni sobie inne wartości, często skrajne. Pamiętajmy jednak, że Orchidee należą do najbogatszej w gatunki rodziny roślin kwiatowych, różniących się nieraz diametralnie w swym wyglądzie. To właśnie to bogactwo form, kolorów, kształtów sprawia, że każdy może odnaleźć w nim okaz najdoskonalej wyrażający jego samego. Będący odzwierciedleniem własnej duszy.

Podobnie jest z książkami - kto czyta, chociaż sporadycznie, z całą pewnością zachował w swej pamięci jakieś dzieło szczególne. Książkę wyjątkową, która wpłynęła na jego życie, poruszyła dogłębnie, zwróciła uwagę na ważne aspekty, a może po prostu pojawiła się, gdy była najbardziej potrzebna lub najzwyczajniej w świecie przywołała szczery uśmiech? Chyba każdy ma tę swoją jedyną Orchideę pachnącą papierem, o liściach wesoło szeleszczących na wietrze i wypełnionych sensem kwiatach rozbudzających w sercu radość i nadzieję. 



Strona PAPIEROWE ORCHIDEE powstała, by spośród całej feerii tomów zalegających w naszej pamięci, odnaleźć właśnie te najcenniejsze, o co poproszę wielu interesujących, cenionych ludzi, w których życiu literatura zajmuje poczesne miejsce. Kto wie, może ich Orchidee zakwitną i w naszych sercach!



Papierowa Orchidea Marcina Podlewskiego


Witam wszystkich czytelników szczególnie serdecznie, gdyż i dzisiejsza Orchidea jest dla mnie w pewien sposób wyjątkowa. Właśnie dziś Papierowa Orchidea obchodzi mały jubileusz – ma już półtora roku! Być może niektórzy uznają, że nie ma się z czego cieszyć, że to tylko osiemnaście miesięcy – nic nadzwyczajnego. A jednak jest mi bardzo miło, że projekt wciąż trwa i że nadal jesteście ze mną. Dziękuję też za miłe słowa jakie napłynęły do mnie przez ten czas, zwłaszcza one mnie przekonują o celowości kontynuowania swojego pomysłu. Z uwagi na nasze – tak nasze, bo dzięki wam mogę je obchodzić – święto dzisiaj nie będzie wywiadu, ale opowieść autora, który także obecnie ma niemałe powody do radości. Otóż Marcin Podlewski – dziennikarz, pisarz i laureat konkursów literackich – jest świeżo po wydaniu swojej pierwszej klasycznej książki  pt. „Happy End” wydanej przez Studio Truso. Właśnie dziś przypada premiera powieści! Marcinowi życzę więcej okazji do zachwycania się zapachem „swojego papieru”, a wam przyjemności z czytania jego niekończącej się historii o książkach. Posłuchajcie…


W to lato pierdyknęła mi półka z książkami.

Siedziałem i sączyłem Liptona, kiedy doleciał mnie huk, rumor i łoskot. Przeskoczyłem przez przerażone dziecko i żonę i doleciałem do epicentrum. Kurz już opadał, książki jeszcze dygotały wyciągając ku mnie przerażone kartki.

Widok był potworny. „Diuna” Herberta przygniotła cykl trędowatego „Thomasa Covenanta Niedowiarka” Stephena R. Donaldsona. Czerwie się rozlazły i zaczęły włazić mi na nogę. Na tym nie koniec. „Rok 1984” Orwella uczepił się ilustrowanych książeczek Gorey’a i jakiegoś dzieła Kafki, które z kolei przewróciło seryjkę „Mrocznej Wieży” Kinga. Spod stosu cyklu „Urth Nowego Słońca” Wolfa, zacząłem wyciągać piszczącą i przerażoną „Alicję…” Carrolla, która to, z niewiadomych przyczyn popchnęła jakiegoś tłustego Dukaja i — z racji osmozy — książki Carrolla współczesnego, czyli pozycje Johnatana. Moim przerażonym oczom ukazała się też Biblia, którą swojego czasu nasz kot Nerwosol pogryzł i podrapał w jakimś niezrozumiałym ataku satanistycznego szału. Kiedy się po nią schyliłem, na łepetynę skoczył mi podstępnie Lem — wyjątkowo złośliwy, bo w twardej oprawie. O coś takiego w życiu nie podejrzewałbym starego, poczciwego Lema — ale, po przeniesieniu go z dala od powieści Carda wpadł w złe towarzystwo stojących nieopodal książek Irvina Welsha, Gombrowicza i Palahniuka.

To wszystko zdarzyło się niestety naprawdę.

Po wypadku żona odbyła ze mną poważną rozmowę. Powiedziała, że kocha książki tak samo jak ja i co miesiąc wypożycza kolejną ich wieżyczkę z biblioteki. Czyta potem te książki jak nawiedzona kiedy tylko ma chwilę dla siebie — a więc po metrach, autobusach i tramwajach. Ale nie może pozwolić na to, by nasze dziecko zabiły „Muminki” czy „Kubuś Puchatek”. „Masz te swoje Kindle” — powiedziała. „Kupuj już książki wyłącznie na Kindle, Marcin. Albo wynieś z trzydzieści grubszych tomów do swojej mamy, bo nie mamy już gdzie ich trzymać. Gaimany, Thorgale, Lucyfery czy inne komiksowe Moebiusy wstaw sobie na dno szafy”. Z żoną nie ma żartów, więc natychmiast przyznałem jej rację czujnie nie informując, że listonosz przyniesie lada moment ponad 600 stronicowego „Hyperiona” Dana Simmonsa, który chciałem sobie przeczytać przy kawce by wprowadzić się w klimat nowej książki znanego mi dobrze Grzegorza Gajka — „Ciemnej strony księżyca”.

Jakiś tydzień po tej apokalipsie zostałem zaproszony do Papierowej Orchidei. I zrozumiałem, że mam problem. Wszyscy — piszący czy nie — związani z blogiem Kamila Czepiela wiedzą jaki. Mamy po prostu za dużo książek, które poprzekształcały nam mózgi. Każda powieść to swoisty update systemu, który mamy zainstalowany w głowie a priori. Mówi się, że jesteś tym co jesz — ale ewidentnie jesteś tym co czytasz. Książki to nie jest bezpieczna rozrywka. Nigdy nie wiadomo, czy nie zaczniesz myśleć i zachowywać się po nich inaczej. Książki to wirusy, niekiedy złośliwe. I który teraz wirus mam wybrać? Który wlazł mi głęboko w rdzeń systemu tak, że poprzestawiał mi neuronowe ścieżki?

I nagle wiedziałem. Bo tej konkretnej książki nie było. Nie wywaliła się z półki, nie leżała na antresoli. Nie poupychałem jej po kątach, dla niepoznaki przykrywając donicami z paprotką. Ta książka była u mojego brata. Pożyczyłem mu ją — i na szczęście o tym pamiętałem. Poleciałem zatem do niego, przycisnąłem i wylądowaliśmy w jego zakurzonej piwnicy świecąc latarką smartfona.

Była tam. Oprawiona w niebieską okładkę i nadal pachnąca, skryta pod tomem „Pana Kleksa” Brzechwy i jakimś starym zbiorem ghost story, pozbawionym okładki. Książka, która złapała mnie za serce i pociągnęła tak mocno, że zostałem już w niej na zawsze.

Każdy ma taką książkę. Dostaje się ją wtedy, kiedy jest się na etapie półdziecka. Jest się jeszcze dzieckiem, ale widzi się i rozumie więcej. Wtedy właśnie ta książka przychodzi i tworzy podwaliny pod kolejne. Po niej już nic nigdy nie będzie takie samo, bo jest to pierwsza książka, którą naprawdę się pokochało.

Dla mnie była to „Niekończąca się historia od A do Z” Michaela Endego w tłumaczeniu Sławomira Błauta, ze schizofrenicznymi ilustracjami Antoniego Boratyńskiego. Totalny biały kruk, wydany w 1986 roku przez Naszą Księgarnię. Mój ukochany prezent od nieżyjącej już babci. Mój własny portal do miejsca wszędzie i nigdzie.

Kiedy dostałem tę książkę film „Niekończąca się opowieść” Wolfganga Petersena, tak paskudnie kontynuowany w kolejnych częściach, właśnie świętował swój triumf w polskich kinach. Film, który de facto jest przeniesieniem tylko połowy książki — w dodatku przeniesieniem niekompletnym i niedoskonałym. Podziękowałem babci, która książkę zdobyła jakimś kosmicznym cudem i, usiadłszy w wielkim fotelu, którego zapach do tej pory pamiętam, zacząłem czytać.

„Aż po najdalszy skraj Dziwoboru wszelka zwierzyna przycupnęła w swych jaskiniach, gniazdach i norach”.

I to był koniec. Już mnie nie było.

Wędrowałem razem z Atreju i Bastianem po Martwych Górach, szukając ratunku dla Dziecięcej Cesarzowej. Razem z nimi rozmawiałem z Prastarą Morlą. Z wypiekami na twarzy oglądałem nieco przerażające ilustracje wilkołaka Gmorka, przywiązanego łańcuchem w Mieście Nawiedzonym — stolicy Krainy Motłochu. I wreszcie, gdy Dziecięca Cesarzowa została uratowana wyruszyłem z Bastianem niebezpieczną drogą Pragnień, aż do zaskakującego końca „Niekończącej się historii”.

Tylko, że dla mnie ta historia nigdy się nie skończyła. Nadal tam wracam. Zakładam Auryn i spaceruję po Labiryncie otaczającym Wieżę z Kości Słoniowej. Siadam na grzbiet Smoka Szczęścia i biegam z Graogramanem. I wciąż próbuję odgadnąć kim naprawdę jest Dziecięca Cesarzowa wiedząc, że ciągle brakuje mi naprawdę dobrego pomysłu na jej imię. 

Bastianowi się udało. Może i mnie kiedyś się uda.

Dziękuję Ci, Ende.

A ja dziękuję za tę Orchideę. Na zakończenie natomiast proponuję krótki spot promujący książkę Marcina. Miłego oglądania i mam nadzieję - rychłego czytania "Happy Edu";)

video